Slowdive – udany powrót po latach

Slowdive to jeden z czołowych wykonawców gatunku zwanego nieco żartobliwie „Shoegaze„. Grupa powstała w 1989 roku i po nagraniu zaledwie 3 płyt uległa rozwiązaniu 6 lat później. W 2014 roku roku muzycy podjęci decyzję o wznowieniu działalności, a w maju 2017 pojawił się długo wyczekiwany przez fanów 4-ty album pod bardzo wydumanym tytułem „Slowdive” 🙂 Płyta nie rozczarowuje i warto było na nią czekać aż 22 lata. Stylistycznie różni się trochę od wcześniejszych wydawnictw, na szczęście w niektórych utworach nie brak potężnej ściany gitarowego dźwięku tak typowej dla wspomnianego wyżej gatunku shoegaze.

Jest to idealna muzyka na lato, nadaje się nie tylko do słuchania podczas szybkiej jazdy samochodem (np. „Star Roving” lub „Everyone Knows”), ale również podczas błogiego wylegiwania się w słońcu na balkonie lub tarasie ze szklanką soku owocowego w dłoni (np. „Slomo”, „Sugar for the Pill” czy też „Falling Ashes”). Zachęcam do posłuchania dwóch singli z tej ciekawej płyty, która na dobre zagościła na mojej playliście.

Collage – Moonshine

Collage to polska grupa grająca muzykę określaną mianem rocka progresywnego, w prostej linii wywodzącą się z dokonań grup tworzących w latach 70-tych gatunek art rock, takich jak Genesis, King Crimson, Van der Graf Generator oraz Emerson, Lake & Palmer. Z kolei wśród najbardziej znanych na świecie grup grających rocka progresywnego wymienić trzeba Marillion, Pendragon i Rush.

Płyta „Moonshine” to opus magnum tego zespołu – był taki okres w moim życiu, że słuchałem tej płyty przynajmniej raz dziennie. Wszystko mnie w niej zachwyca, nie ma na niej słabych utworów, każdy jest arcydziełem. Nawiasem mówiąc wszystkie tworzą jedną wielką suitę, przechodząc bardzo płynnie i niemal niezauważenie jeden w drugi. Muzykę z tej płyty cechuje zmienność nastrojów i tempa, mieni się ona wszystkimi kolorami tęczy, ewoluując od delikatnej gry instrumentów do niemal symfonicznego rozmachu. Podobnie jest ze śpiewem wokalisty – zmienia się od szeptu do prawie krzyku.

Teksty to kolejny atut tej absolutnie fantastycznej płyty – niektóre są radosne, inne smutne w swej wymowie, ale wszystkie są piękne, romantyczne i silnie oddziałują na wyobraźnię, przynajmniej moją. Warto również, a nawet trzeba wspomnieć o okładce albumu. Muzycy wykorzystali jeden z lepszych obrazów Zdzisława Beksińskiego. Przedstawia on mnicha, a może raczej Śmierć (Kostuchę) siedzącą bokiem na wielkim krześle na tle nieba rozświetlonego blaskiem księżyca. Moim zdaniem okładka doskonale oddaje nastrój i zawartość płyty.

I pomimo, że znam „Moonshine” na pamięć, niemal każdą nutę, to za każdym razem, gdy jej słucham wzruszam się na nowo. Najlepiej słucha mi się jej wieczorem, z lampką wina w dłoni. Nie wiem wtedy czym bardziej się delektować – winem czy muzyką…

P.S. „Moonshine” w angielskim slangu znaczy „księżycówka”, czyli popularny bimber. To przykład poczucia humoru muzyków.

Collage - Moonshine1. Heroes Cry – 6:39
2. In Your Eyes – 14:04
3. Lovely Day – 5:10
4. Living In The Moonlight – 4:43
5. The Blues – 7:16
6. Wings In The Night – 11:11
7. Moonshine – 12:49
8. War Is Over – 5:27

Wielkanocna jazda obowiązkowa

Kolędy to niezbędny dodatek do celebracji Świąt Bożego Narodzenia. Powstało również wiele piosenek poświęconych tym świętom, na czele z nieśmiertelnym hitem grupy Wham!, czyli „Last Christmas”. Niestety, w przypadku Świąt Wielkiej Nocy wybór utworów o tej tematyce jest mocno ograniczony, nie licząc pieśni o typowo religijnym charakterze.

Poniżej przedstawiam utwory, które z oczywistych względów, kojarzą mi się ze Świętami Wielkanocnymi. Pierwszy to wstęp do płyty „Passion” Petera Gabriela, która jest ścieżką dźwiękową do kontrowersyjnego filmu Martina Scorsese „The Last Temptation of Christ” („Ostatnie kuszenie Chrystusa”).

Ten sam utwór w koncertowej wersji z wydłużonym solem na duduku. Brzmienie tego instrumentu jest niesamowite, niemalże mistyczne…


Kolejny utwór to „Easter” grupy Marillion. Trudno o lepsze skojarzenie z Wielkanocą.

I jak poprzednio, ten sam utwór w rozbudowanej wersji koncertowej z chwytającą ze serce gitarową solówką Steve’a Rothery i chóralnym śpiewem publiczności. Wzruszenie gwarantowane 🙂